Każdy pojazd, niezależnie czy to rower z koszykiem, czy czterdziestotonowa ciężarówka z ego większym niż kierowca, ma swoje martwe strefy. To te zdradzieckie zakamarki wokół pojazdu, których kierowca nie widzi, choćby przysięgał, że ma oczy dookoła głowy.
W tych właśnie niewidzialnych strefach może się czaić wszystko: od rowerzysty w neonowym stroju, przez nieuważnego przechodnia, aż po… słup, który jeszcze przed chwilą „na pewno tam nie stał”. Podczas manewrów te martwe punkty potrafią być jak ninja – niewidoczne, ale boleśnie skuteczne.
Owszem, lusterka i pojedyncze kamery są jak lojalni pomocnicy – pomagają wypatrzyć co się dzieje za rogiem. Ale tu pojawia się problem: kierowca ma tylko jedną głowę i jedno spojrzenie.
W czasie jazdy, w martwej strefie może się wydarzyć absolutnie wszystko… i często właśnie się wydarza.
Na szczęście do akcji wkracza technologia – niczym superbohater w pelerynie – kamery 360°! 
To nie jest zwykły gadżet. To prawdziwy mózg operacji, który daje kierowcy widok z lotu drona (ale bez potrzeby latania dronem). Dzięki temu kamera pokazuje cały świat wokół pojazdu na jednym, magicznym ekranie. Żadnych żonglerek wzrokiem między lusterkiem, monitorem, szybą i intuicją.
Teraz kierowca może wreszcie manewrować bez stresu, widząc wszystko – łącznie z tym, co do tej pory ukrywało się jak kot pod kanapą. A to oznacza: mniej kolizji, mniej zaskoczeń, mniej krzyków „Skąd się to wzięło?!”, i znacznie więcej spokoju za kierownicą.
Kamery 360° – bo dobrze widzieć wszystko, zanim coś cię zaskoczy 
Całość realizacji
http://facebook.com/tokyo.dawid/


